-
Ale przecież miałam wam pomóc w przygotowaniach do imprezy... -
Martwiłam się.
-
Nie denerwuj się tak. – uspokajała mnie Weronika – Poradzimy
sobie. Teraz przebierz się i zejdź na dół, na śniadanie. -
Ubrałam fioletowy T-shirt i dżinsy. Zeszłam na dół,
razem z dziewczynami zjadłam tosty i poszłam umyć zęby. Na dworze
lał deszcz i w telewizji mówili, że tak będzie wyglądać cały
dzisiejszy dzień. Moje włosy poskręcają się na wszelkie możliwe
strony!
-
Ja też będę musiała wstąpić do biblioteki. Muszę oddać
lekturę. - Odezwała się Wiktoria zza uchylonych drzwi do kuchni.
Wypłukałam zęby i poszłam spakować swoje rzeczy. Dręczyły mnie
pytania... Czy Alka się na to nabierze? Czy potrafię się rozpłakać
bez powodu? Kiedy wchodziłam na górę po schodach, minęłam
Olivera. Zatrzymałam się.
-
Powiedz tacie, że wychodzę! - Krzyknął do Amber i zatrzasnął za
sobą ciężkie, dębowe drzwi wyjściowe. Amber mruknęła coś pod
nosem i wzięła łyk soku pomarańczowego. Ruszyłam dalej w drogę.
Spakowałam się i zniosłam swoje torby na dół. Na stole stały
jeszcze trzy szklanki soku, dla mnie i dziewczyn. Łyknęłam napoju
i chwyciłam ciasteczko z talerzyka leżącego na stole.
☺
W
drodze do kafejki na ulicy Marcowej, w której miałem spotkać się
ze znajomym, nad moją głową pojawiły się pierwsze błyski i
grzmoty. Wiatr próbował wyrwać mi z dłoni parasol, którym
chroniłem się przed deszczem. Odgłosy burzy zagłuszały muzykę
w moich słuchawkach, więc zdjąłem je i schowałem razem z komórką do
kieszeni kurtki. Nagle silny powiew wiatru zniszczył mi parasolkę.
Zniechęcony wyrzuciłem ją do najbliższego kosza, postawiłem
wyżej kołnierz i przygarbiony stawiałem opór wiatrowi. Niedaleko
dostrzegłem bibliotekę i postanowiłem przeczekać w niej burzę.
☺
Usiadłyśmy
przy stoliku w prawym rogu sali,
zasłoniętym półkami wypełnionymi książkami literatury
fantastycznej. Wiktoria stała przy biurku księgowej i zwracała
lekturę. Kobieta zapisała coś w zeszycie, a potem odebrała jej
lekturę.Wróciła do nas i usiadła pomiędzy Weroniką, a Amber.
Wymieniłyśmy kilka zdań na temat naszego planu, kiedy do sali
wszedł jakiś chłopak. Amber uniosła głowę przyglądając się
mu uważnie. Kto wie, może to uczeń jej liceum, jeden z jej
wielbicieli, który dowiedział się, że ona właśnie przebywa w
bibliotece i przyszedł popatrzyć się na nią i rozkoszować jej
widokiem? Amber zrobiła swój zalotny skrzywiony uśmieszek i
delikatnie wstała z krzesła, żeby lepiej mu się przyjrzeć.
Zarzuciła falą swoich rudych włosów, postała tak chwilkę i
nagle przestraszona usiadła. Może nie zdążył jej jeszcze
zauważyć? Schyliła szybko głowę, sięgnęła po najbliższą
książkę i zasłoniła nią twarz udając, że czyta.
-
Amber, co jest!? - Spanikowała Weronika – Widzisz Aleksandrę!?
-
Ćśś...! - Szepnęła – Oliver!
-
Oliś? - ucieszyła się Wiktoria. Ona chyba najmniej z nas starała
się dotrzymać obietnicę, którą złożyłyśmy Amber. Oli nie za
bardzo ją lubił, może nawet nie znosił, ale miał do tego
powody...
-
Oliś! - krzyknęła radośnie – Oliś! Cześć!
Oliver
zrobił szybki zwrot w stronę wyjścia i pędem wybiegł na korytarz
wpadając na jakiś karton z książkami. Nie, poprawka, na
dziewczynę niosącą karton z książkami. Karton upadł na ziemię
wyrzucając z siebie tony książek, a niektóre strony wirowały w
powietrzu. Dziewczyna westchnęła i zaczęła zbierać książki oraz opadające już na podłogę kartki.
-
Przepraszam, zagapiłem się! - Ukucnął i zaczął jej pomagać.
Dopiero po pewnym czasie zorientował się, że jest cały mokry i
woda z jego skórzanej kurtki zaczęła spływać, mocząc strony i
rozmazywać tusz tak, że nic już by się nie dało przeczytać. -
Cholera! - Przeklął - Sorry, chciałem pomóc, a narobiłem tylko
więcej problemów!
-
Nic nie szkodzi, te książki i tak idą do spalenia. - Powiedziała
cichym lekko ochrypłym, lecz śpiewnym głosem, młodsza od niego
może rok dziewczyna. - Te książki są już zbyt zdruzgotane, nie
nadają się już do czytania. Ludzie, którzy je wypożyczali
zniszczyli je do reszty. - wzięła pudło i poszła dalej schodząc
do piwnicy. Zastanowił się chwilę nad czymś, a potem zszedł po
schodach rezygnując z przeczekania burzy w bibliotece przez
Wiktorię, która od prawie roku nie dawała mu spokoju.
☺
Usiadłam
na zimnym, mokrym stopniu schodów biblioteki. Na głowie miałam
afro (czego się spodziewałam), a deszcz zmył mi tusz do rzes, co
wyglądało, jakbym płakała. Słyszałam kroki, ktoś schodził po
schodach i przystanął obok mnie. Twarz zasłoniłam dłońmi.
Zaczęłam głośno szlochać.
-
Czy coś się stało? - Usłyszałam głos z góry. Nie, to nie była
Aleksandra. Uniosłam wzrok do góry. Nie, do cholery, to nie była
Aleksandra!
-
Czy wszystko w porządku? - Powtórzył ten sam głos. Głos
chłopaka, który podobał mi się od początku podstawówki, głos
niski, ale ciepły... On właśnie stoi nade mną, a ja głupia
siedzę na schodach z fryzurą nie do opisania na głowie i w
rozmazanym makijażu. Nie poznał mnie, nie widział dobrze mojej
twarzy.
-
Mogę w czymś pomóc? - Delikatnie potrząsnęłam głową na „nie”
. Zrozumiał, odszedł. Teraz znowu słyszałam kroki, ale
delikatniejsze. Znowu to samo, ktoś zatrzymał się przy mnie.
Chlipnęłam, zaciągnęłam nosem. Pora zacząć przedstawienie.
☺
Skończyłam
czytać książkę w kilka dni. Dokładnie w środę. Dała mi
naprawdę dużo do zrozumienia. Rozmyślałam o niej parę kolejnych
tygodni. Nadszedł następny okropny, deszczowy dzień. Mama nie
wspominała na temat pieniędzy, ale codziennie sprawdzała, czy
wszystko u mnie gra. Relacje między nami trochę się popsuły, ale
nigdy nie odczułam braku jej troski. Kolejna sobota oznacza kolejny
dzień spędzony wśród dokumentów i zapachów nieczytanych
opowieści.
-
Już prawie kończymy, muszę jeszcze tylko poukładać te dokumenty
do odpowiednich grup - Pliki dokumentów oznaczone były kodami
A1,A2,A3,B1,B2,B3 i tak dalej. Trzeba było je tylko włożyć do
odpowiednich szuflad. Nic prostszego, ale moja mama siedzi już w
bibliotece tyle godzin, że nawet najłatwiejsza czynność mogła
pozbawić ją resztek sił.
-
Zrobię to za ciebie. Idź już do domu i odpocznij.
-
Nie mogę cię przecież zostawić tutaj samej. Jest już ciemno i
lepiej, żebyś nie szła sama.
-
Nie martw się, do domu jest niedaleko, a wychodząc zamknę za sobą
drzwi wyjściowe.
Wyciągnęłam
rękę, czekając, aż mama da mi klucze. Wręczyła mi je z
niepewnością, a potem podziękowała, ucałowała moje czoło i
poszła. Segregacja zajęła mi zaledwie 10 minut. Otwieranie
ogromnych drzwi biblioteki przerwało ciszę, jaka panowała w
okolicy, niczym pisk opon samochodu. Widok płaczącej osoby na
schodach zdezorientował mnie. Powoli zbliżyłam się do niej.
Dziewczyna dygotała z zimna, ostrożnie położyłam jej rękę na
ramieniu.
-
Czy wszystko w porządku? - Nie doczekałam się odpowiedzi.
Przykucnęłam obok niej. Twarz miała schowaną w ramionach. Nagle
spojrzała na mnie. Coś we mnie drgnęło. Ujrzałam rozmazaną
tuszem do rzęs twarz. Pełną bólu, liczącą na trochę wsparcia.
Z przerażenia zdjęłam swoją rękę z jej ramienia. Natalia Wójcik
we własnej osobie. Przełknęłam ślinę i drżącym głosem
zapytałam.
-
Czy... Czy coś się stało? - Patrzyła na mnie, w oczach miała
płomyk nadziei. Chciałam jej pomóc, ale nie bardzo wiedziałam
jak. Odważyłam się i po raz kolejny położyłam jej swoją rękę
na jej ramieniu - Wejdźmy do środka. - Zasugerowałam.
Podtrzymywałam ją za ramię, miałam wrażenie, że Natalia zaraz
rozsypie się na tysiące kawałków, albo po prostu upadnie.
Zaprowadziłam ją do pokoju dla pracowników. Jest niewielki, z
prawej strony znajduje się mały stolik i dwa krzesła, a w lewym rogu pokoju umieszczony jest stary, brudny fotel. Zobaczyłam
lekkie obrzydzenie w oczach Natalii, kiedy jej wzrok spostrzegł go.
Usiadła na drewnianym krzesełku. Przysiadłam się do niej i
spoglądałam na nią. Nie miała pojęcia co powiedzieć, albo po
prostu się bała. Siedziałyśmy tak przez chwilę, ale w końcu
musiałam zapytać.
-
Co się takiego stało? - Nic. Zero odpowiedzi. Dopiero po jakimś
czasie odezwała się do mnie.
-
Masz może chusteczki do demakijażu? - Nie miałam, ponieważ
osobiście się nie maluję.
-
Sprawdzę – Na półce stała kosmetyczka mojej mamy, którą
zawsze tam zostawia. Znalazłam opakowanie z resztką jakiś
wilgotnych chusteczek, a pod spodem małym druczkiem napisane było „chusteczki do demakijażu”. Podałam jej paczkę.
-
Gdzie łazienka? - Ona stanowczo nie chce ze mną o tym rozmawiać.
-
Jak wyjdziesz z pokoju, to pierwsze drzwi po prawej – postarałam
się nawet lekko uśmiechnąć.
-
Dzięki – I wyszła. Wzięła co chciała i sobie poszła. Na co ja
liczyłam? Że jak raz będę dla niej miła, to przestanie mi się
dokuczać? One mają rację, jestem żałosna... Rozplątałam
warkocz i chwyciłam za szczotkę do włosów. Delikatnymi ruchami
rozczesywałam włosy, które lekko się pofalowały przez poprzednią
fryzurę. Przejrzałam się w odbiciu w oknie. Deszcz bębniąco
uderzał w szybę, co w połączeniu z cichym tykaniem zegara z
kukułką wiszącego nad fotelem brzmiało naprawdę pięknie. Drzwi
zapiszczały, a podłoga zaskrzypiała.
-
Też mogę? - Natalia wskazała palcem na szczotkę do włosów,
którą nadal trzymałam w rękach. Zamurowało mnie.
-
Jasne – Byłam pewna, że już sobie poszła i nie wróci, a kiedy
skończy się weekend, będzie kontynuować to co zaczęła parę
miesięcy temu. Podeszła do mnie i wzięła szczotkę. Nie prędko
uporządkowała swoją burzę loków. Kiedy skończyła, odłożyła
szczotkę na stół.
Czy
mogę wiedzieć, co się wydarzyło? - Znowu ta sama cisza. Zaczęło
mnie to powoli męczyć. Natalia wzięła głęboki wdech.
-
Przepraszam... - Kiedy to powiedziała, jakoś dziwnie się
poczułam... Przeprasza? - Za wszystko... - Dokończyła. Patrzyłam
na nią przez chwilę i nagle miałam ochotę jej wszystko wybaczyć.
-
Spoko.
-
Spoko? - Zdziwiła się – Tak po prostu? Po tym wszystkim co ci
zrobiłam, ty mówisz „spoko”?
-
Tak. - Nic więcej nie mogłam wymyślić.
-
Ale dlaczego? Czy zwykłe „przepraszam” wystarczy? - Musiałam
się chwilę zastanowić zanim odpowiedziałam. Zaczęłam wolnymi
krokami zbliżać się do Natalii. Słowa zaczęły wypływać ze
mnie same. -
Przepraszam oznacza, ze czujesz pulsowanie czyjegoś bólu tak samo,
jak odczuwasz własny. Kiedy wypowiadasz to słowo, to jakbyś część
tego bólu brał na siebie.
- spojrzałam
na nią, następnie kontynuowałam - Przepraszam
nie odwróci biegu wydarzeń, ale popchnie je we właściwym
kierunku. Przepraszam jest mostem przerzuconym nad przepaścią. Jest
sakramentem, podarunkiem. Jest darem.
-
Stanęłam przed nią i popatrzyłam jej głęboko w oczy. -
Wybaczam ci, Natalia. - Znowu cisza.
-
Ty to tak na poczekaniu...? - zdziwiła się.
-
To cytat z pewnej książki . - Zastanowiłam się przez chwilę.
Sięgnęłam ręką do niewielkiego pudła pod stolikiem. Mieściły
się w niej książki, które udało mi się ocalić przed spaleniem.
Sięgnęłam po jedną z książek i położyłam na dłonie Natalii.
- To bardzo dobra książka, powinnaś ją przeczytać. - Obejrzała
okładkę i przeczytała na głos tytuł.
-
„Jasper Jones”.
~ Ogrooooomne dzięki za przeczytanie :3 Mam nadzieję, że wam się podobało. Następny rozdział niedługo. Jeśli macie jakieś uwagi, to śmiało piszcie w komentarzu, bo one mi bardzo pomogą i piszcie czy wam się podoba :) Będę wdzięczna za każdy komentarz <3 Dziękuję :D ~

